piątek, 22 lutego 2013


Rozdział Pierwszy.

 *perspektywa Zoey*

 Obudziłam się rano, czując na twarzy ciepłe, przyjemne promienie słoneczne, które wpadały do pokoju poprzez szparę między roletami a oknem. Normalnie, pewnie zirytowałby mnie fakt, iż zostałam wybudzona z głębokiego snu. Przecież były wakacje. Jednakże nie dziś. Dziś nic nie mogło mi zepsuć humoru i optymizmu, z którymi było mi dane otworzyć oczy. Dziś była rocznica mojego związku z Danem. Wow.. Już minęło całe pół roku. Niesamowite, jak czas gna przed siebie i nie zważa na nic ani na nikogo. Wtedy przekonana byłam o tym, że czas mi sprzyja. Biegnie szybko i buduje coraz więcej szczęścia i przyjemności, które czerpiemy z życia, zanim nie zostaniemy doprowadzeni do mrocznego końca. Był on nieunikniony i bezlitosny, toteż jeszcze bardziej wywoływał strach. Był tematem zakazanym, tabu. Nikt o nim nie rozmawiał, jednak każdy zdawał sobie sprawę z tego, że prędzej, czy później nastąpi.. Koniec. To tylko jedno słowo, a ma w sobie taką potęgę i moc. Potrafi odebrać nam wszystko co mamy i odprawić z niczym.
Po 15 minutach leniuchowania wstałam z łóżka, wsunęłam kapcie na nogi, po czym udałam się do łazienki, żeby się nieco ogarnąć. Najpierw umyłam zęby, a następnie uporządkowałam niesforne kosmyki prostych blond włosów związując je w luźny koczek. Ubrałam się w miętowe szorty i troszkę za dużą bluzkę z logo batmana. Na nogi założyłam czarne Vansy i zrobiłam delikatny makijaż. Kiedy już byłam gotowa, zbiegłam po schodach na dół. W kuchni była moja mama i właśnie coś smażyła. Po pięknym nęcącym zapachu poznałam, że to jajecznica z boczkiem.
-Dzień dobry córeczko. – pierwsza odezwała się moja rodzicielka, całując mnie w policzek.
-Hej mamo. – odparłam z uśmiechem na twarzy, po czym zasiadłam do kuchennego stołu, w oczekiwaniu na danie. Nagle zadźwięczała moja komórka, informując mnie donośnym sygnałem, że przyszedł SMS. Wyjęłam urządzenie z kieszeni i odczytałam wiadomość:
„Kochanie, dzisiaj o 20 przy ‘naszym’ clubie. xx” – oczywiście od Dana. Zachichotałam w myślach, gdy przywołałam sobie jego obraz. Tak bardzo go kochałam. Był dla mnie wszystkim, całym światem. Przez moje rozmyślania nie zauważyłam, że przede mną stoi już talerz z jedzeniem. Zbeształam się po cichu, po czym zaczęłam jeść.
-Wychodzę do pracy! – krzyknęła mama z korytarza.
-Ok mamo! Pa pa! – odpowiedziałam.
-Pa pa!
Zostałam sama w domu. Mam cały dzień tylko dla siebie. Mnóstwo czasu! Może wybiorę się na zakupy? – pomyślałam. Tak, chyba to dobry pomysł. Skończyłam konsumować posiłek i włożyłam puste naczynie do zlewu, po czym udałam się do swojego pokoju po torbę z Nike i wyszłam. Postanowiłam, że udam się do największego C.H w mieście. Szłam więc długim chodnikiem przed siebie, napawając się lekkimi powiewami wiatru, który przyjemnie owiewał moją twarz.
Kiedy mijałam któryś dom z rzędu, coś przykuło moją uwagę. Zdawało mi się, że tam w oknie… Nie to nie możliwe! Na pewno mi się przywidziało. Stwierdziłam, po czym przyspieszyłam kroku i po paru minutach byłam w Centrum. Westchnęłam. Było tam tyle sklepów, że trudno było zdecydować, do jakiego zajrzeć najpierw. No więc ostatecznie wybrałam HD, z myślą kupienia sobie nowej pary Conversów. Później, już poszło gładko.
Chodziłam dobre 3 godziny. Byłam wyczerpana do granic możliwości, poszłam więc do kawiarni, żeby nieco odsapnąć. Zamówiłam cappuccino, kawałek ciasta i usiadłam przy stoliku w rogu. Umiejscowiony był przy ogromnym oknie, przez które było widać znaczną część dzielnicy. Było to moje ulubione miejsce od czasów dzieciństwa. Kiedyś, kiedy tata jeszcze żył często mnie tu zabierał i opowiadał różne historie na temat naszej rodziny, okolicy lub po prostu je wymyślał. Później zdarzył się ten wypadek i… Wszystko się skończyło. Lekarze mówili, że zabrakło mu szczęścia, by przeżył. Nigdy w to nie uwierzyłam. Do tej pory nie mogę się pogodzić z tym, że już go nie ma wśród nas.
Dokończyłam jeść ciasto i poszłam odnieść talerzyk, gdy nagle…
No właśnie. Gdy nagle upadłam! Najwyraźniej potknęłam się o coś lub kogoś. Uniosłam oczy ku górze i zauważyłam przed sobą chłopaka, który także siedział ze mną na ziemi. Parsknęłam śmiechem.
-Niezły sposób na pierwsze spotkanie – rzuciłam podając mu dłoń – Jestem Zoey. Miło mi. – uśmiechnęłam się szeroko
- Zayn. – odpowiedział, po czym też zaczął się śmiać. – Chyba się nieźle zamyśliłaś – stwierdził unosząc jedną brew ku górze
- Mhm.. – bąknęłam
-Serdecznie przepraszam, że przerywam tak interesującą rozmowę waszej dwójce, ale siedzenie na ziemi jest tu zabronione – zganiła nas pracownica kawiarni patrząc się wyzywająco.
- Ojej.. – szepnęłam z uśmiechem, po czym podniosłam się i otrzepałam.
- Przepraszamy za kłopoty – odezwał się brunet. Tak, był brunetem i miał śliczne bursztynowe oczy. – Może dałabyś zaprosić się na lody? No wiesz, w ramach przeprosin. – zapytał mnie niepewnie chłopak.
- Wiesz… - zaczęłam. – Tak w sumie to nie mam zbyt wiele czasu, ale chyba się zgodzę – wyszczerzyłam się do niego, a on odwzajemnił mój gest.

 *perspektywa Zayna*

 Ta dziewczyna na którą wpadłem.. Zrobiłem to specjalnie. Była taka śliczna. Jej duże, zielone oczy, długie blond włosy… Zupełnie inna niż Perrie. Szedłem obok niej i nawet nie zwróciłem uwagi, że z każdym krokiem nieznacznie się do niej zbliżam. Nagle usłyszałem krzyk. No tak! Reporterzy… Ugh.. Oni to potrafią zepsuć człowiekowi dzień. Zoey spojrzała na mnie ze zdumieniem, lecz nie zdążyłem jej nic wyjaśnić, bo wścibscy dziennikarze zaczęli już zadawać pytania.
- To twoja nowa dziewczyna?
- Od kiedy się znacie?
- Jak ma na imię ta ślicznotka?
Byłem na maksa zirytowany. Wziąłem dziewczynę za rękę i osłaniając ją wybiegłem z tłoku.
- A teraz biegniemy! – rozkazałem, po czym rzuciliśmy się do ucieczki. Wiem, brzmi to zabawnie, jednak w rzeczywistości takie nie jest. Kiedy dobiegliśmy do bezpiecznego miejsca, jakim był ślepy zaułek, odetchnęliśmy z ulgą.
- O co im chodziło? – zapytała przerażona Zoey, po czym coś sobie uświadomiła – Czekaj, czekaj… Ty jesteś… Zayn Malik! One Direction, prawda?
- Tak – odpowiedziałem – Przepraszam za nich. Zawsze kiedy gdzieś wychodzę jestem atakowany w taki sposób. Moja towarzyszka się roześmiała i dodała:
- Żartujesz? Dawno się tak dobrze nie bawiłam – odparła z różowymi policzkami i uśmiechem na twarzy. – Ale ja muszę już iść… - powiedziała sprawdzając godzinę. Posmutniała. – Tu masz mój numer telefonu. Możesz dzwonić o każdej porze dnia i nocy. – zwróciła się do mnie żartobliwie wręczając mi karteczkę. – W takim razie do zobaczenia.
- Do zobaczenia – odparłem patrząc za już biegnącą postacią dziewczyny, która tak bardzo mi się spodobała.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz